Sport

Sport

Poznaj moją sportową pasję - piłkę nożną

Sport towarzyszy mi w życiu od najmłodszych lat. Lubię wszelkie gry drużynowe czy to koszykówka, czy siatkówka, czy piłka nożna (hmm... właśnie sobie uświadomiłem, że nigdy nie grałem w piłkę ręczną ;P mam nadzieję, że jeszcze to nadrobię). Uważam, że sport wykształca ludzki charakter, a ponadto motywuje do innych działań. Sam zauważyłem, że po nużącym dniu pracy nic lepiej nie działa na organizm jak aktywność fizyczna, a najlepiej w dobrym towarzystwie. Spośród wszystkich dyscyplin ja najbardziej upodobałem sobie piłkę nożną.

Od dziecięcych lat uwielbiałem aktywność fizyczną. Jako mały chłopiec uganiałem się za piłką widząc w tym najlepszą zabawę na świecie. W tamtych czasach moim wzorem do naśladowania był słynny Tsubasa z japońskiej bajki ;) Ach... Co to był za mistrz... To właśnie za jego sprawą ćwiczyłem różne, wręcz ekwilibrystyczne triki i sztuczki piłkarskie. Po kilku bolesnych doznaniach szybko zrozumiałem, że nie wszystko można przełożyć na rzeczywistość. Każdą wolną chwilę wykorzystywałem na zabawy z piłką, jak nie żonglerka to odbijanie od ściany, albo slalomy między innymi zabawkami. Kiedyś tata zbudował mi metalową bramkę. To było coś! Mogłem trenować strzały z rzutu wolnego i pracować na celnością. Jedyny mankament był taki, że bramka nie miała siatki i każdy mój strzał, czy to celny, czy nie celny kończył się biegiem po piłkę :P Cały ten mój trening nie miałby sensu gdyby nie możliwość sprawdzenia swoich umiejętności podczas bardzo ważnego wydarzenia jakim były cykliczne mecze między kolegami z wioski. Organizowaliśmy nawet mecze między sąsiednimi wioskami - prawdziwa liga. Tak właśnie spędzałem czas wolny w okresie szkoły podstawowej.

W ósmej klasie nadarzyła się okazja dołączenia do prawdziwego klubu piłkarskiego, jakim był KKS Unia Tczew. Spędzając wakacje u dziadków, koledzy zachęcili mnie abym przyszedł do nich na trening. Oczywiście nie musieli mnie długo namawiać. Bardzo mi się podobały regularne treningi z kolegami i trenerem oraz to, że jeździliśmy na mecze o prawdziwe punkty. Niestety okres euforii bardzo szybko minął. Przez treningi zaniedbałem szkołę, a był to okres przez egzaminami do liceum. Rozzłoszczeni rodzice zabronili mi dalszych treningów. Pomimo wielkiego rozżalenia satysfakcję odnalazłem w tym, że udało mi się jednak poprawić oceny i dostać do liceum.

 

W pierwszej klasie liceum uczestniczyłem w międzyszkolnych zawodach piłki nożnej. Tam podszedł do mnie ówczesny trener juniorów klubu MKS Wisła Tczew. Zachęcał mnie żebym przyszedł na trening i dołączył do drużyny. Rzecz jasna byłem zachwycony propozycją, jednakże rodzice byli nieugięci. Wielka szansa powrotu na "prawdziwe" boiska przeszła mi koło nosa.

Rok później dotarła do mnie informacja, że w sąsiedniej wiosce utworzył się klub sportowy o nazwie... i tu uwaga bo wyrywa z butów ;P Subkovia Subkowy! Po krótkim namyśle zgodziłem się dołączyć do drużyny. Niestety plan polegał na tym, że rodzice na początku nic nie wiedzieli co skutkowało sporadycznymi nieobecnościami na treningach. To jednak nie przeszkodziło w tym, żeby zbierać pozytywne noty u trenera "pana" Leszka. Po niespełna roku trener otrzymał propozycję przejęcia drużyny juniorów Wisły Tczew. Przechodząc tam zabrał mnie ze sobą. Rzecz jasna nie było to takie proste. Jak wiadomo moi rodzice nie pozwalali mi grać w piłkę.  Dlatego trener "pan" Leszek wraz z drugim trenerem "panem" Markiem przyjechali do mojego domu porozmawiać z rodzicami. Po długich negocjacjach dostałem oficjalną zgodę na treningi pod jednym warunkiem. Nie mogłem zaniedbać nauki.

 

Rozpocząłem swój najwspanialszy okres w życiu, choć początki były bardzo trudne. Po powrocie ze szkoły w pierwszej kolejności odrabiałem wszystkie prace domowe i przerabiałem zadane materiały. Następnie jechałem autobusem do oddalonego o 10 km Tczewa na trening, a po powrocie powtarzałem to czego się nauczyłem do szkoły. I tak dzień za dniem, ponieważ treningi były praktycznie codziennie plus weekendowe wyjazdy na mecze. W drużynie zostałem przyjęty, ogólnie rzecz biorąc,  pozytywnie, ale oczywiście nie brakowało uszczypliwych komentarzy pod moim adresem czy też plotek za plecami bo przecież to "wieśniak do miasta przyjechał". Ciężka praca zaowocowała. W szkole szło mi lepiej niż kiedykolwiek, a i w drużynie zostałem zaakceptowany i chyba mogę nawet powiedzieć, polubiony. Zżyłem się z tymi chłopakami tak, że wśród nich czułem się naprawdę dobrze i bezpiecznie. Przeżyliśmy razem sporo sukcesów i porażek. Razem jeździliśmy na obozy sportowe, razem się spotykaliśmy i bawiliśmy. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować trenerowi "panu" Markowi, bo on jest autorem większości prezentowanych tutaj zdjęć. Dziękuję!

 

Gdy wiek juniora dobiegł końca, otworzyła się przed nami kariera seniorska. Dla mnie było to nowe wyzwanie. Dzięki staraniom trenera "pana" Leszka, ja i mój kolega Leszek z juniorskiej drużyny dostaliśmy szansę spróbowania swoich sił w ówczesnym trzecio ligowym Gryfie Wejherowo. Testy przebiegły pomyślnie. Wejherowski klub był zainteresowany naszą grą. Niestety zarząd Wisły nie wyraził zgody na nasz transfer. Ta decyzja podcięła mi skrzydła. Obraziłem się na cały świat, a piłkarskie buty odwiesiłem na kołek. Wtedy stwierdziłem, że czas poświęcić się nauce. Wracałem jeszcze sporadycznie do gry w czwarto ligowej Wiśle, ale to już nie znaczyło dla mnie tak wiele jak kiedyś.

Po dłuższej rozłące z piłką znowu odezwał się do mnie trener "pan" Leszek. Objął stanowisko trenera KKS Uni Tczew, która wtedy grała w trzeciej lidze. Zaproponował mi powrót do gry. Niestety muszę przyznać, że sam już nie wierzyłem we własne umiejętności. Uczestniczyłem w treningach, nawet zaliczyłem piętnasto minutowy epizod w meczu z Amicą Wronki, ale to było wszystko co mogłem zrobić. Przynajmniej tak mi się wydawało :(.

Po kilku latach piłkarskiej bezczynności, los tak chciał, że mój bezpośredni przełożony z pracy aktywnie udzielał się w nowo utworzonym SKKF Orzeł Subkowy. Niemalże poleceniem służbowym nakazał mi wznowienie treningów (za co oczywiście teraz mu dziękuję). W Subkowach zaczynaliśmy od B Klasy, ale z roku na rok udawało się nam awansować do V ligi. Nie ukrywam, że ponowne wkręcenie się w wir treningowy nie było łatwe, ale małymi kroczkami doszedłem do powiedzmy 70% dawnej formy ;P Wszystko mogłoby tak dalej trwać, gdyby nie fakt, że potrzebowałem znacznie więcej czasu dla rodziny. Musiałem zrezygnować z weekendowych wyjazdów na mecze co dla mnie było jednoznaczne z zakończeniem "kariery".

Dzisiaj pozostało mi granie w amatorskich ligach co również uważam za całkiem fajne rozwiązanie choćby z tego powodu, że można spotkać się z kolegami stając do walki o wspólny cel - zwycięstwo!

Nie piszę tutaj o tym co osiągnąłem w sporcie, bo tak naprawdę nic poważnego w sporcie nie wygrałem... no poza zwycięstwami w amatorskich ligach ;P Wygrałem coś zupełnie innego - piękne wspomnienia i przyjaźnie do końca życia, bo właśnie to jest najważniejsze.

Na koniec chciałbym wyjaśnić skąd ten cudzysłów przy zwrocie: trener "pan" Leszek. Otóż jako młody chłopak nie mogłem się przemóc aby do starszego ode mnie trenera mówić bezpośrednio: trenerze! Dlatego zawsze gdy się zwracałem do trenerów mówiłem "proszę pana". Koledzy to podłapali i zawsze mieli z tego ubaw.